To właśnie ta zm

iana planów o której pisałem w poprzednim poście. Zabrałem rodziców i Karolę moim autem do babci na Kopieczki. Po jakiejś godzinie oni postanowili wrócić. Więc odwiozłem ich do domu, a sam ponownie zajechałem przed babciną bramę. I tak zostałem. Kiedy już nagadałem się z kuzynostwem i ich drugimi połówkami, wymieniłem kilka zatroskanych spojrzeń z babcią, zasiadłem za sterami mojego Red Debila, włożyłem kluczyk do stacyjki i… nie mogłem do przekręcić. Marcin, też nie mógł, więc zawiózł mnie do domu. Wróciłem z ojcem, ale i on nic nie wskórał. Stacyjka i kierownica zablokow

ane na amen. Cóż pozostało. Szybki telefon do Seby, że nie przyjadę do Wrocławia, do Magdy, że w Krakowie się nie zobaczymy i myślenie co dalej. Następnego dnia, w sobotę, udało mi się skontaktować z Piotrem Giezkiem , byłym zdunowskim radnym, którego cała rodzina jeździ autami marki volvo a ona sam handluje częściami. Okazało się, że ma stacyjk

ę od nieco nowszego modelu, ale ma pasować. Wszystkiego dopilnuje mój ojciec. W poniedziałek zobaczą czy rzeczywiście taka podmiana jest możliwa.
Koniec końców zmuszony zostałem do powrotu do Warszawy pociągiem. Fajnie było. Dobrze że miałem książkę. „Pingpongista” Józefa Hena, książka naprawdę piękna i dająca dużo do myślenia na temat naszej ludzkiej kondycji, jak bardzo jesteśmy zdegenerowani. Mimo to dająca jednak nadzieję. Warto zajrzeć. Gorąco polecam.
Oczywiście ksiązki nie starczyło mi na podróż, więc zająłem się fotografowaniem. Uwielbiam robić zdjęcia z pociągu. Wszystk

o jest delikatnie rozmazane, jak to Magda stwierdziła, jakby to olejny obraz był, nie fotografia… Piękna ta nasza Polska, szczególnie gdy oświetlają ją ciepłe promienie zachodzącego wiosennego słońca. Soczysta zieleń łąk jest w takiej atmosferze zniewalająca. Wychylałem głowę z wagonu i chłonąłem ten pęd powietrza, zapach budzącej się przyrody, radość kolejnej wiosny. Jak ja kocham ten czas, to przebudzenie, nagły wybuch życia… Aż żal że do pracy muszę już zaraz iść. Najchętniej zarzucił bym plecak na ramię , wziął mocny kij do ręki, wzuł mocne buty i powędrował gdzie oczy poniosą. Już wyczekuję tych Bieszczad, w które z Natalią mamy jechać w połowie maja. Oczywiście jeśli Dronek będzie miał już nową stacyjkę. Ach Dronek, Dronek, łobuzie…
A skąd opatrzność. Pomyśleć wystarczy, że ta stacyjka mogła zaciąć mi się wszędzie. Gdybym nie pojechał drugi raz do babci. To rano odpaliłbym samochód, dojechał do Wrocławia, spotkałbym się z Sebastianem i Jo

anna i… zostałbym tam. A tak auto stoi pod bramą mojego kuzyna – mechanika. Lepszego miejsca już nie mogłem wybrać!!! Oczywiście nie jadę też w takim wypadku do czech, bo i tak nie zdążyłbym na urodziny Aleny 10 maja. Ale to też chyba jakiś znak. Widocznie nie miałem tam jechać. Wierzę w takie znaki. Zawsze staram się zrozumieć co zmieniająca się rzeczywistość chce mi przekazać i nigdy na siłę nie staram się jej nie zmieniać. Na razie wychodzi mi to na dobre…
Ps. A to na końcu to dom moich rodziców. Wszystko wokół niego kwitnie i jest cudownie... Szkoda było zostawiać go za sobą...