niedziela, 3 stycznia 2010

Zima w Parku Skaryszewskim

Godzinny spacer po parku uświadomił mi, że jednak są w Warszawie miejsca, gdzie nie słychać miasta. A może to po prostu śnieg tłumi wszystkie dźwięki. Nie zmienia to faktu, że było fantastycznie, a najbardziej, jak widać, ujęły mnie mostki...
Tak..., nie ma się co oszukiwać, tęsknię za Doliną Baryczy, za Stawami Milickimi i podkrotoszyńskimi lasami. Za drogą z Trzebicka w dół, na południe, ku wzgórzom na horyzoncie.
Próbuję przeczekać zimę...jak co roku. Czuję jednak, że ona dopiero się zaczęła i na upragnioną zieleń łąk i lasów, przyjdzie jeszcze poczekać długie, ciemne misiące.
Powoli też przyzwyczajam się do myśli, że zbyt szybko nie wrócę do domu. Zaczął się trzeci rok mojego życia w Warszawie i myślę, że jeszcze wiele lat przede mną.
Tymczasem w czerwcu będę miał więcej czasu na to, by przenieść się do Jankowej, uporządkować działkę i pomyśleć o jakimś małym domku letniskowym. Ale na razie powoli...









niedziela, 11 października 2009

Dotknąłem granicy II RP






Wraz z Moniką spędziliśmy kilka dni w Dolinie Baryczy. Podczas rowerowej wyprawy udało nam się dotrzeć do jedynego zachowanego w całości szlabanu granicznego z lat 1920 - 1939. We wsi Baranowice, w dwudziestoleciu międzywojennym znajdujęcej się w Rzeszy Niemieckiej, można było w dwóch miejscach przekroczyć granicę II RP. W wielu wsiach w okolicach zachowały się budynki niemieckiego Grenzschutz'u (Straży Granicznej). Nie ma też problemu ze znalezieniem wśród zabudowy np. sklepu kolonialnego - napisy przetrwały do dziś. Podróż w czasie i żywa lekcja historii. Polecam.

Odłowy Karpia w Dolinie Baryczy



Fantastyczna impreza! Pyszne jedzonko i świetni ludzie! Zapraszam do obejrzenia zdjęć na www.arekdrygas.pl (Galeria - Odłowy Karpia w Dolinie Baryczy)

Obrona Grochowa 1939

We wrześniu zobaczyłem najlepszą w życiu inscenizację walk z 1939 roku. Naprawdę wyglądało to fantastycznie i musiało sporo kosztować, a czołgi, które rzeczywiście poruszały się na gąsienicach (a nie kołach buhahaha) wywarły ogromne wrażenie! Zapraszam do obejrzenia zdjęć - kilka tutaj, reszta na www.arekdrygas.pl






wtorek, 15 września 2009

Znowu przestój ale wracam...:)

Ten miesiąc to znowu mój przestój w pisaniu na blogu. Ale dużo się działo. Zrobiłem dwa wesela we Wrocławiu i w Warszawie(zapraszam na www.arekdrygas.pl),odwiedziłem zdunowską kaflarnię i poczułem trochę plenerowego klimatu, byłem w Oleśnicy i po raz drugi poznałem moich sąsiadów:). Najbardziej się jednak cieszę z wyprawy do Konarzewa i z odwiedzin u Pana Stanisława w dniu jego 105 urodzin.

Będąc we Wrocławiu na weselu Oksany i Tomasza odwiedziłem także Sławka, Agę i małą Lenę. Rośnie dziewczę na sławę Festung Breslau:)
W Oleśnicy poznałem po raz drugi Matusza Chwałka, chłopaka mojej siostry Natalii, którego pamiętam z naszego osiedla jak miał siedem lat i wraz z młodszym bratem Wojtkiem plątał się z uśmiechem na twarzy pod moimi nogami:) Świetny facet z niego wyrósł. Naprawdę radzi sobie w życiu, tylko jeszcze na studia trzeba go wysłać:)
A Pan Stanisław... To niesamowite ale on naprawdę w ogóle już się nie starzeje. Ma 105 lat i jest chodzącą skarbnicą wiedzy, pamiętnikiem dziejów Polski. Nosi w sobie pamięć Kresów II RP, I i II wojny światowej, odbudowy Wrocławia.... Cudowny człowiek i nadal bardzo kochający życie, bardzo pogodny.
Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć....













wtorek, 18 sierpnia 2009

Tam gdzie w Polsce rodzi się każdy dzień....

Ubiegłą sobotę i niedzielę postanowiliśmy z Moniką spędzić w okolicach Puszczy Białowieskiej. Wyjechaliśmy kilka minut po północy. Pierwszym naszym celem było sztuczne Jezioro Siemianowskie stanowiące granicę Polski z Białorusią. Dotarliśmy na miejsce pół godziny przed wschodem słońca. Tuż przy grobli spotkaliśmy miejscowego wędkarza (Ryby od tygodnia nie brały). Weszliśmy na groblę i okazało się, że ten trzeci w naszym kraju co do wielkości sztuczny akwen przecinają...tory kolejowe. Dwa tory w kierunku białoruskiej granicy, po których prowadzony jest transport towarowy. Na środku jeziora wzniesiono żelazny most! Niesamowite!


Chwilę przed narodzinami kolejnego dnia, na który czekaliśmy wpatrzeni w coraz bardziej pomarańczowe chmury i błękitne niebo, na delikatnie pomarszczone wody wypłynęli swoimi malutkimi łódkami wędkarze. A potem zaczął się jeden z najpiękniejszych rytuałów, jaki można zobaczyć stąpając po tej ziemi. Słońce zaczęło przebijać się przez horyzont. Najpierw delikatnie wysunęło czubek głowy, rozejrzało się dookoła, a potem hyc do góry i już raziło tak, że nie sposób było w nie spojrzeć po raz wtóry! Nie powoli, majestatycznie, nie tak jak się spodziewaliśmy, tylko z zaskoczenia - hop i jestem! Piękne!!!


Po kilkukilometrowym spacerze po grobli, pojechaliśmy do trzech wsi, które tworzą region Otwartych Okiennic - całą zabudowę tych wsi tworzą drewniane domy, z ozdobnymi okiennicami i narożnikami. Ładne, ale jakoś nie czułem klimatu, po przeżyciach poranka. Tylko cerkiew we wsi Puchły i starsza kobieta zmierzająca z pobliskiej osady na mszę, wydały mi się godne uwiecznienia.


Zamierzaliśmy nocować w Białowieży, w sercu Puszczy Białowieskiej. Nasze plany jednak szybko zweryfikowaliśmy już na rogatkach miejscowości! Na 10 mijających nas aut, jedno było miejscowe, jedno spoza województwa, a osiem z Warszawy (łącznie widzieliśmy nawet 5 WF czyli z naszej dzielnicy!). Nie mieliśmy pojęcia, że Białowieża stała się kurortem weekendowym "warszawki". Naprawdę kurortem, bo jadąc od Hajnówki w mieście mija się kilka ekskluzywnych hoteli ze spa, sauną i kosmicznymi cenami.


Czas na śniadanie! Ja mam fazę na jajecznicę. Szukamy. Na parkingu przy PTTK nie dają śniadań,a obiady z mrożonek. W pobliskim hotelu restauracja i jej klientela wyglądają jakby oczekiwali na przyjazd brytyjskiej królowej (nawet nie zerkamy do cennika). Szukamy sklepu - nie ma, zamknięte, święto. W Muzeum jest restauracja. Dają śniadania. Szwedzki stół - 30 zł od łba! Kelnerka zgadza się na deal - Monika je chlebek, zimne przystawki itd, a ja na ciepło czyli jajcówę!Płacimy za jedną osobę.


Jestem zmęczony po nocnej podróży więc nie mam ochoty na Muzeum. Podobno fajne ale nie można go zwiedzać bez przewodnika i 23 innych chętnych osób.Płaci się za bilet i przewodnika osobno. Paranoja. A to dopiero początek. Chciałbym wejść do ścisłego rezerwatu. Akceptuję to, że trzeba tam iść z przewodnikiem. I znowu trzeba kupić bilet i zapłacić dodatkowo przewodnikowi - 114 zł! Taniej w grupie, ale nie po to wyjechaliśmy z Wawy, by to co najfajniejsze doświadczać w towarzystwie trzech obcych rodzin i ich 7 rozwrzeszczanych dzieci, które gówno obchodzi gdzie są, bo czekają na obiad w McDonaldzie.


Przypadkowo jesteśmy świadkami rozmowy "dyspozytorki" PTTK z jednym z przewodników. Pan Stasiu, Józiu, czy Władziu, już nie pamiętam liczący sobie bez mała 70 wiosen, nie wiadomo, czy wytrzyma trzy godzin marszu więc prosi o skrócenie wycieczki, a "dyspozytrka" wyjaśnia mu, że turyści i tak nie wiedzą za co zapłacili, nie znają planu wycieczki, więc przewodnik może z kilku punktów swobodnie zrezygnować. O niższej zapłacie słowa nie było! Kupujemy dokładną mapę puszczy i szybko znikamy. Z kempingu w Białowieży, który wygląda jak parking na namioty, też rezygnujemy i rozbijamy się w na leśnym kempie w pobliskich Grudkach (gorąco polecamy - świetne miejsce i klimatyczne kibelki).


Kolejnym punktem był miejscowy skansen, który niczym mnie nie zachwycił (kto mnie zna, ten wie, że uwielbiam skanseny - ale tu nie było nic godnego uwagi). MOże dlatego, że organizacja tego miejsca nie trzymała się kupy - żadnej strony, informacje tylko w folderze napisanym po białorusku (bo polskie się skończyły). Jednak mimo wszystko w tym miejscu nieoczekiwanie znaleźliśmy coś cudownego. Dzień wcześniej jakaś firma robiła tu imprezę integracyjną i nie zebrała jeszcze swojego sprzętu. Pod drewnianą wiatą wisiały płócienne, plecione, świetnie wykonane hamaki! Po prostu odlot - tak wygodne!


A Puszcza? Zwiedziliśmy ją sami korzystając z darmowych, wytyczonych szlaków. Jest piękna. Dorze się w niej odpoczywa spoglądając na monumentalne drzewa. Na pewno zobaczyliśmy więcej, niż gdybyśmy poszli do ścisłego rezerwatu - jak sprawdziliśmy i policzyliśmy, w te trzy godziny, to grupa jest w stanie dojść z Białowieży do granicy ścisłej ochrony, przejść się kawałek i wrócić. Nie warto! Lepiej iść ścieżką edukacyjną "Żebra Żubra" na zachód od Białowieży. Dla nas ten wyjazd też był nie tylko odpoczynkiem, ale i edukacją - miejsca popularne turystycznie trzeba omijać, a na wszystkie wyprawy zabierać swoje jedzenia. Dwa dni później kupiliśmy lodówkę samochodową:)


A co do jedzenia na koniec opowieść o naszym obiedzie w Białowieży:)
Kiedy przyszedł ten czas okazało się, że została nam tylko jedna niesprawdzona przez nas restauracja - Restauracja Carska. Dwa kilometry za Białowieżą car Mikołaj II w 1903 roku kazał wybudować dla siebie dworzec kolejowy, na który mógłby zajeżdżać jego prywatny pociąg - car uwielbiał polować w Puszczy Białowieskiej. W 2005 roku zrujnowany budynek przepięknie odrestaurowano i urządzono klimatyczną restaurację z polsko - rosyjskim menu. Obiadu nie zjedliśmy... Pierogi ruskie 40 zł, Polędwica wołowa 60 zł.... Wypiliśmy dwie kawy - 30 zł. I głodni wróciliśmy do miasta.

środa, 12 sierpnia 2009

Folk Festiwal Krotoszyn 2009

Trudno mi powiedzieć jaki był tegoroczny folk pod względem artystycznym, bo raczej nie słuchałem muzyki, a szukałem obrazów. Toteż dla mnie numerem jeden był występ Gadającej Tykwy, z bogactwem ich instrumentarium i krótką rozmową z Sebastianem. Sebastian występuje teraz w Gadającej, a niegdyś był członkiem Yerby Mater. Wypadek samochodowy w drodze na krakowski koncert przeciął historię zespołu. Maniek odszedł do Pana, Rafał od nowa uczy się żyć, wraca podobno do zdrowia, Bart zajął się Masalą, a Sebastian Tykwą... Przynajmniej Gadająca Tykwa wykorzystuje podobne instrumenty jak Yerba...
Ciekawy był też występ hindusów, ze względu na taniec, akrobatykę i ogień....
A góral z De Press piłował beczkę...buhaha




















Woodstock 2009 - było pięknie

Nie będę opisywał zdjęć, myślę, że nie potrzebują żadnego komentarza - po prostu spojrzyjcie na nie i poczujcie to, co ja - było pięknie. Jurek stwierdził, że był to najpiękniejszy, najspokojniejszy, pełen wzajemnego szacunku Woodstock. On o tym mówił, ja to czułem, spacerując przez osiem dni z aparatem pośród ludzi. Wracamy tu za rok i pewnie ponownie nie będziemy do końca wiedzieli kto gra, kto wystąpi na ASP, bo pragniemy poczuć tylko ten wyjątkowy, niespotykany nigdzie indziej, klimat...
I co można? Pewnie, że można. Szanujmy się!

Woodstock 2009

































































































































wtorek, 14 lipca 2009

Przerwa techniczna

Nietrudno zauważyć, że znowu mam przerwę. Tym razem jednak nie jest ona spowodowana brakiem ochoty, niechęcią do klawiatury itd., lecz awarią sprzętu:( Laptop po półrocznym okresie wzorowej współpracy zrobił sobie wolne. Teraz jest w "sanatorium", a obsługa placówki HP montuje mu nową płytę główną. Mam nadzieję za tydzień go znowu oglądać w pełni sił, tymczasem martwię się ile zostanie z danych zapisanych na twardym dysku.... Nie wszystko zdążyłem skopiować na zewnętrzny dysk...
Dziś jednak chyba przeproszę się ze starym laptopem i zajmę się zdjęciami, bo trochę ich się znowu pojawiło...

środa, 24 czerwca 2009

Na Morawach bez zmian - renesans i wino

Jakiś czas temu wspólnie z Moniką - z którą zamieszkałem jakiś czas temu - pojechaliśmy na Morawy, do miejsc, które odwiedziłem przed pięciu laty. Znojmo, Telc, Slavonice i austriacki Retzbach. Winnice i renesans, tak najkrócej mogę opisać wyprawę. Acha i ci którzy uważają, że Kazimierz nad Wisłą to renesansowa perełka, niech obejrzą te zdjęcia. Kazimierz nad Wisłą to jedno wielkie gówno nastawione na komercję! Nie jedźcie tam! Zapraszam do Czech!!! Jest piekniej, taniej, smaczniej i spokojniej!





Znojmo - Retzbach, winnice i okolice




























Telc i Slavonice - renesans w czystej formie!




























niedziela, 17 maja 2009

Szaleństwa w Juracie

Pewnego dnia zadzwonił do mnie Maciej, montażysta, z którym kiedyś wspólnie pracowałem przy materiale dla "Pytania na śniadanie". Zapytał, czy chciałbym popracować dwa dni w Juracie, fotografując firmową imprezę integracyjną. W programie skutery wodne, motorówki... Zgodziłem się od razu no i teraz pojechałem.
W Dronka zapakowałem siebie, Macieja, Sebastiana (operatora) i Gosię (dziewczynę operatora) oraz sprzęt i pojechaliśmy. Było wspaniale, a zdjęcia naprawdę fajnie wyszły. Ekipa też była wesoła, a warunki w jakich odbywała się impreza luksusowe - hotel Bryza, noc w dwuosobowym pokoju 500 zł, aprtament 4 - osobowy 1330...
Ufam, że nie ostatni raz pracowałem w ten sposób, choć utrzymanie się na pontonie motorowym, który mknie po falach prawie 70 km/h (a wydaje się że ze 150)i jednoczesne fotografowanie, to nielada wysiłek fizyczny! Ech... Przygoda!

Jurata - dzień pierwszy




















Przyjechaliśmy spóźnieni, a potem okazało się, że nie tylko my mamy tyły czasowe. No to przygotowani, ze sprzętem obok, zalegliśmy na plaży i czekaliśmy. Nagle wszyscy szybko zaczęli się zbierać. Musiałem wskoczyć do pontonu motorowego z wody. Przemoczyłem buty i potem marzłem przez cały rejs:( Z pontonu przesiedliśmy się z Sebastianem na dużą łodź, a tam zaczęła się zabawa. Przypinało się delikwenta do spadochrony, sternik dawal gaz do dechy, zwalniało się blokadę linki i następował odlot:) Fajne to! Też spróbowałem! Polecam, to naprawdę niezła frajda. Zobaczcie.

Jurata - dzień drugi



































Tego dnia już lepiej się ubrałem - dwie kurtki, bielizna termiczna, spodnie water proof i wind stop:) Było świetnie. Przesiadłem się na ponton motorowy, a uczestnicy na skutery wodne. Popłynęliśmy do Gdańska, zwiedziliśmy starówkę od strony portu, a potem zaliczylismy obiad w pięknym, XIX - wiecznym zamku. Następnie obejrzeliśmy wraki na mieliźnie i zdobyliśmy wyspę na środku Zatoki Gdańskiej. Zobaczcie, bo było fantastycznie!!!

poniedziałek, 11 maja 2009

Ja nadal żyje:)













Niektórzy już poważnie zaczęli się niecierpliwić, bo nic nie zamieszczałem na blogu. Wyjaśniam: byłem aktywny na innym polu (nie buraczanym:) Robiłem wraz z Mają Fają moją stronę internetową - www.arekdrygas.pl - na którą zapraszam, choć jeszcze nie skończona. Ponadto odchodziłem z pracy. W "Pytaniu na śniadanie" już prawie nic nie robie, został mi tylko jeden scenariusz do napisania dla Przemka Babiarza i generalnie poświęcem się wyłącznie fotografii.
Dziś wracam do Warszawy, w czwartek jadę do Juraty na zdjęcia dla jakiejś firmy, która wysyła tam swoich pracowników na wyjazd integracyjny, a potem spędzę tydzień w Czechach, a następnie wracam do Krotoszyna, bo Cieszków zlecił mi zrobienie folderu promocyjnego... Słowem kręci się, a ja postaram się tu nieco zamieszczać. A teraz kilka zdjęć: z okolic Cieszkowa, Stawów Milickich i krotoszyńskich Błoni, ze spotkania z Wajdą, ze spaceru z Moniką i Piratem, z okolic Liwa i z meczu, na którym Donaldu Tusku pokazał, że piłkę też kopać potrafi:)

piątek, 20 marca 2009

List od Ireny - Dziękuję za dobre słowa!

Irena jest dla mnie osobą na wskroś przesiąkniętą sztuką filmową. Nie wyobrażam sobie myślenia o niej w oderwaniu od kina i nieraz wydaje mi się, że gdyby tylko zrobiła jeden krok, w kierunku, którego nikt z nas nie zna, sama stałaby się częścią filmu – nie aktorem, ale bohaterem. Na stałe wymazałaby się z rzeczywistości. Mamy na pewno jedną wspólną cechę – nie podoba nam się to co widzimy wokół siebie i staramy się, chyba dość często, uciekać w nasze własne wyimaginowane światy – dobre, raczej nie nowoczesne.

Poznałem ją we Wrocławiu podczas, a jakże, Festiwalu Filmowego Era Nowe Horyzonty. Znajoma Agi i Sławka. Irena spojrzała na mnie, spojrzała na Edith (na zdjęciu) i stwierdziła, że warto nas ze sobą poznać A potem była wspaniała znajomość z Edith, która trwa do dziś, moje nieudane próby przeprowadzki do Bielska – Białej i niepotrzebne wyrzuty Ireny, że nas swatała jednak tylko dzięki Irenie, Edith i całej tej sytuacji, zostałem postawiony przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji – przeprowadzki do Warszawy. Nie żałuję
Teraz Irena napisała do mnie list inspirowany moimi fotografiami:

„Przepraszam Arku, że zajmuje Ci czas. Od dłuższego czasu nie wchodziłam na twoja stronę i przeżyłam szok. Tyle nowych opisów i zdjęć. Niektóre jak zwykle podziałały na mnie niesamowicie. I dlatego postanowiłam napisać.
Warszawa miasto które kocham, nie znoszę, chwilami nienawidzę. A jednak gdzieś głęboka nie uświadamiając, jak ja strasznie kocham te mury. W twoich fotografiach zobaczyłam tą miłość i przywiązanie do tego miejsca. Nie żałuje ani przez minutę opuszczenia tego miasta. Ale kocham go kiedy samotnie mogę przemierzyć. I jak by na nowo odkrywam. Z miesiąc temu byłam w tych okolicach u lekarz. Poszłam samotnie na spacer wokół Kościoła zawsze jak znajduje się w tej okolicy. To on mnie przyciąga i fascynuje od lat. Miałam trochę czasu i mogłam spokojnie pochodzić i popatrzeć na tą piękną budowle. Nie wiem czy wiesz, ale ten kościół ocalał z zagłady miasta, on Hala Mirowska, Hala Gwardii i tylko klika naście kilometrów gruzu. Pamiętam takie jedno zdjęcie z wystawy. Ten kościół , jakieś pięć kilometrów w obrębie niego gruzu. Ten widok utkwił mi chyba na zawsze w pamięci.
Zawsze wydawało mi się, że nie cierpię Warszawy jako miasta, tego zgiełku i bieganiny, snobstwa i obcości. Dwa lata temu miałam kurs komputerowy, na którym poznałam ciekawych ludzi z mojej byłej firmy. Były to same kobiety z innych miast. Całymi dniami siedziały w Złotych Tarasach. Szkoda mi ich było. Zaproponowałam wycieczkę po Starówce. I one w rozmowie mi uświadomiły jak ja bardzo kocham to miasto, pewnie jego mury i historię. Jakieś rok temu odwiedziła mnie Edyta. Najpierw spędziłyśmy czas w Muranowie, oglądając „Meduzy”, potem odwiozłam ją do koleżanki. Były umówione w Alejach Jerozolimskich. To był zimny wiosenny dzień, sobota. Nikogo na ulicach. Dotarło do mnie, że jestem niedaleko Nowego Światu. I postanowiłam przejść samotnie Starówkę. Spędziłam chyba ze trzy godziny. Łażąc i zaglądając w każdy kąt, patrząc co się zmieniło. Odwiedzając wystawy antykwariatów, miejsca gdzie nie ma już moich ukochanych kin, gdzie spędziłam pół życia. Pomogło mi to, że na ulicy była kompletna pustaka. Zrozumiałam, że to miasto jest częścią mnie i tak już pozostanie.
Łochów to okolica w której przez dziesięć lat spędzałam z dziećmi wakacje. To były Urle jakieś 5 km od Łochowa, tam łażąc po polach i lasach, pierwszy raz podjęłam decyzje o wyprowadzce z Warszawy, zajęło to mi dziesięć lat i niczego nie żałuje. Teraz mogę podziwiać naturę i patrzeć jak się zmieniają pory roku. I każda z nich jest cudowna i wnosi w moje życie coś nowego.
Twoje fotografie tak na mnie podziałały, że wyruszyłam w tą nostalgiczną podróż.
To wszystko. Pozdrawiam
Irena

PS: Dzięki za blog, zawsze znajdę coś co pobudza mnie do refleksji. Zazdroszczę Ci, ja uwielbiam sama przemierzać różne okolice, tylko nie potrafię robić zdjęć i to co widzę zamykam w sobie. Ale zdarza się tak jak przy okazji twoich zdjęć odnajduje te emocje i te chwile, które zewnętrznie tracę. Jednak one gdzieś głęboko zostają we mnie. Myślę o trzech fotografiach zrobionych po studniówce.
Nie wiem czy umiem to dobrze wyraź kiedy fotografujesz naturę, to jakby w momencie zachwytu nad nią. Kiedy fotografujesz ludzi, to czuję twój ciepły stosunek do nich. Jakąś lekką wiążącą was emocjonalność. A tak w ogóle to przez twoje fotografie przemawia wielka pasja, refleksja, zatrzymanie chwili, takie delikatno melancholie spojrzenie na świat. I to się składa na rewelacyjny tytuł „Kolekcja oka mgnień”

sobota, 14 marca 2009

Wieczór Warszawy i Kościół św. Augustyna - moja parafia:)












Wracając z wystawy Tomka nie chowałem aparatu. Zrobiłem kilka zdjęć po drodze, a na koniec na dłużej zatrzymałem się 300 metrów przed domem, na dziedzińcu kościoła św. Augustyna. Tamtejsza latarnia od dawna mnie kusiła, a dziś przy sztucznym świetle, z długim cieniem i czerwonym murem, wyglądała tak, jak chciałem....

Venezia Tomka Budzyńskiego










Tomek, to mój kolega z zajęć języka czeskiego, to również miłośnik włoskiego miasta na wodzie i fotograf. I tyle wystarczy. Fotografuje Venezie, a przez znajomość z nim ja pojawiłem się na jego wystawie. Nie żałuję, bo zdjęcia są wykonane w bardzo ciekawej technice. Tomek, twierdzi, że jego metoda fotografowania przez transparentną plastikową błonę jest prymitywna. Ja tak nie uważam, bo nauczyłem się dzielić metody na skuteczne i nie. Jego jest skuteczna:)

10 lat NATO i Krakowskie Przedmieście





Z okazji 10-lecia naszej obecności w NATO na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskieg(!) zorganizowano pokaz militarny. No fajnie, pacyfistycznie:) Ale Rosomak był nielada atrakcją. A potem poszedłem na Krakowskie Przedmieście....

wtorek, 10 marca 2009

Co za tydzień...

Poprzedni tydzień był totalnie nienormalny i dobrze,że się skończył...Poniedziałek, to taka cisza przed burzą, we wtorek czeski, z knajpianego spotkania grupy nic nie wyszło, bo mało nas było a Petr (lektor) następnego dnia jechał do Pragi a wcześniej miał kilka godzin wykładów na UW, więc przełożyliśmy na dziś:) Wróciłem do domu, w nocy TO SIĘ STAŁO, ale nie zauważyłem nic niepokojącego i dopiero wieczorem policjanci, stojący pod domofonem, poinformowali mnie, że ktoś mi auto zdemolował. Mądre chłopaki przeszukali auto i znaleźli mój warszawski adres. "Nieznani sprawcy" zostawili ślady butów na masce i dachu Dronka, wybili szybę od strony kierowcy, zniszczyli mechanizm szyberdachu, pocięli uszczelki na oknie od strony pasażera, ukradli radio, które nawet nie było podłączone i rozwalili półkę.
Po załatwieniu formalności na Policji odstawiłem Dronka na parking strzeżony i załatwiłem sobie wolny piątek, by odwieźć go do Krotoszyna. W czwartek zanim pojechałem do domu, poszedłem na koncert kapeli z Olsztyna - Transsexdisco - której managerką jest Marta Niebieska Koszulka z Pokojowego Patrolu. Zrobiłem trochę zdjęć, a potem o 23 musiałem taksówką wracać na Woronicza, bo scenariusz na piątek się zmienił. Zrobiłem nową wersję, zostawiłem u ochrony i taksówką wróciłem do domu. Byłem już spakowany, więc tylko zabrałem bagaże i poszedłem na parking.
Dronkiem bez szyby, w dwóch polarach i kurtce, jechałem do domu nieco ponad cztery godziny. Zmarzłem, ale moim największym problemem były łzawiące od ciągłego ruchu powietrza wewnąttrz auta.
Weekend był w miarę spokojny, ale za to pełen atrakcji:) W piątek trochę pospałem i potem pojachałem do kaflarni w Zdunach. Tam umówiłem się na zdjęcia nowych kafli na 27 marca (bo wczesniej zadzwonił do mnie Józef z Cieszkowa i na 27 marca ustliliśmy termin podpisania ostatecznej umowy notarialnej, związanej z zakupem przeze mnie działki budowlanej w Jankowej)i sppotkałem, całkiem przypadkowo, Włodka Ćwira z kaliskiego liceum plastycznego. Pokazał mi swoje nowe rzeźby, ceramikę i pogadaliśmy o decentryźmie. To taki nurt, który mnie kręci w fotografii, a Włodek poszukuje jego realizacji w rzeźbie.
Popołudniu pojechałem do Poznania na otwarcie wystawy z okazji rozpoczęcia Obchodów Dnia św. Patryka. Spotkałem po chyba trzech latach Krzysia Schramma, szefa Towarzystwa Polsko - Irlandzkiego, poznałem jego dwuletnią córke, Helenę no i w końcu ponownie zobaczyłem się w Driadą (Lidią) i Kotką (Martyną). Po wystawie zdjęć z Irlandii, obejrzeliśmy największy meteoryt, który został znaleziony w Europie - w Morasku, koło Poznania oraz taki piękny, trzymetrowy obelisk z Egiptu z mnóstwem fajnych hieroglifów. Z Muzeum Archeologicznego pomaszerowaliśmy do Brogansa na koncert Shanon, a potem do czeskiej knajpy, a przed trzecią dziewczyny się zwinęły i ja z kolegą, którego imię wyleciało mi z głowy (40 lat, barman i kucharz)poszedłem do knajpy prowadzonej przez jego znajomych barmanów. W środku klimat Peji:) Hip-hopy, łysi, dresy, kaptury i dziewczynki co zapomniały założyć spódniczki i w samych paskach przyszły... Ale barmani ok. Wytrzymałem godzinę, poszliśmy na dworzec, tam kolegę pożegnałem i z nadzieją na godzinkę snu poszedłem do poczekalni, którą właśnie zamykali (przerwa na sprzatanie od 4 do 5 rano) Więc po godzinnym koczowaniu, posadzka, ściana, parapet, spacer, w końcu podstawili pociąg do Jarocina. 5.30 odjazd i dwie godziny i jedną przesiadkę później byłem w Krotoszynie. Miły pan taksówkarz, o którego obecnośc modliłem się po drodze, zawiózł mnie do domu. Zasnąłem ułamek sekundy przed zetknięciem mojej głowy z poduszką.
Spałem do piętnastej i się nie wyspałem. Spotakałem się z Martyną, a ppotem wróciłem do domu i znowu spałem. A w niedzielę jeszcze raz odwiedziłem Martynę i pojechałem na wycieczkę do Zdun i Perzyc, na cmentarz niemiecki - gdzie leżą Theodor, Barthold i Emma Kettner, których śmierć trapi mnie od kilku lat. Emma zmarła 5 grudnia 1918 roku, dzien po swoich siedemnastych urodzinach i tego samego dnia odszedł, pochowany w tym samym grobie Theodor (miał jak dobrze pamiętam 26 lat). kawałek dalej leży kolejna tablica, która była umieszczona nad grobem Berholda, który zmarł 24 lutego 1919 roku. Miał 25 lat. Nie mam pojęcia co się stało, jak zginęli, bo chyba nienaturalnie. To czas Powstania Wielkopolskiego. Może coś się wówczas wydarzyło w Perzycach. Pewnie nigdy nie dowiem się jak odeszli....
O 14 miałem pociąg do Ostrowa, godzinę czekałem, a w trakcie oczekiwania zrobiłem dwa fajne zdjęcia - infrastrukturę kolejową:) i kolejarza.
Pospieszny "Sudety" do Warszawy ma zazwyczaj siedem wagonów. Dziś miał cztery. O ścisku jaki panował powiem tylko tyle, że całą droogę spędziłem w łączniku pomiędzy wagonami, stojąc.
W trakcie podróży zepsuł mi się telefon. Pękł wyświetlacz, ale z zewnątrz nie widać żadnych śladów uderzenia. Dziwna sprawa.
No i to był tydzień. Dziwny, ale bardzo intensywny. Dronek zostal w Krotoszynie, bo Daniel musi mu jeszcze nowy szyberdach zrobić. Zresztą nie będę go już zabierał do Warszawy. Policjanci stwierdzili, że moje auto kusi, bo jako jedyna na parkingu ma poznańskie blachy.Chyba mogę w to uwierzyć, a ponieważ po naprawie nadal będzie miało taką samą rejestrację, więc nie zamierzam go narażać na ponowne spotkanie z nożem, butami i głupotą.

Ostrów Wielkopolski - kolejowe klimaty


Św. Patryk w Poznaniu - Krzyś, Martryna, Lidka i Shanon










Transsexdisco w Dobrej Karmie - Warszawa
















niedziela, 1 marca 2009

Studio Zduny w...Cieszkowie:)






Gdybym nie pojawił się tu, gdybym nie spotkał ponownie tych niesamowitych ludzi, to choć bym nie wiedział, co straciłem w szczególe, ogólnie bym żałował. Studio Zduny to już cykliczne spotkanie wszech sztuk - muzyki, fotografii, filmu, grafiki..., ale to przede wszystkim spotkanie moich znajomych i ich znajomych:) Ludzi, którzy raczej idą pod prąd... Tym razem spotkaliśmy się w Cieszkowie w domu kultury i muszę przyznać, że to lepsza lokalizacja. A co do szczegółu, to dla mnie numerem jeden był niesamowity film nakręcony przez naszych znajomych w Mongolii, o ludziach o ich twarzach, dłoniach, pracy i codzieności, o pięknie tamtejszego świata. Bardzo prawdziwego świata! Jednak film nie byłby tak mocny, pełny w odbiorze gdyby nie muzyka specjalnie napisana do niego i zagrana na żywo, przez niesamowitych muzyków z Wrocławia i Warszawy. Dialog, który dział się na scenie był prowadzony jakby poza naszym czasem, poza czasem odbiorców, a równoległy do obrazu przez nas widzianego. Muzycy byli dla nas bramą do Mongolii! Pianino, instrumenty perkusyjne, pasterskie fujarki i gong, taki wielki gong. Szymon "Lokis" powiedział, że całość została zarejestrowana. Mam nadzieję zatem przeżyć to jeszcze raz, choćby odtwarzając z płyty...







































W poszukiwaniu wiosny w okolicach domu:)



Wybrałem się na wiosenny spacer.Pierwszy raz od kilku miesięcy zobaczyłem i poczułem na twarzy słońce! Jakże ja jestem spragniony tego ciepłego dotyku... Poszedłem na cegielnię, gdzie prawie utonąłem w glinie, a potem pomaszerowałem Chwaliszewską do Sulmierzyckiej, a tam usiadłem przy leśnym boisku i wyczysciłem buty z tej gliny. Lasem doszedłem do Wiewiórowskiego a stamtąd do domu... Zobaczcie co zobaczyłem:)








Zielona Góra - błekitne marzenia:)









Sobota w Zielonej Górze upłynęła tak, jak tylko mogłem zapragnąć. Spokojnie, na rozmowach, spacerach z pyszną kuchnią i planami, by w końcu zacząć żyć... Naładowałem akumulatory i usłyszałem dobre słowa. Na wszystko potrzeba czasu, ale wiem, że nie mogę go spedzać na wegetacji tylko żyjąc. Nie chcę już tracić chwil, które przeciekają mi przez palce. Dwa dni później zrezygnowałem z połowy obowiązków w TVP. To oznacza połowę mniej piniędzy i połowę więcej zachowanego życia. Jestem szczęśliwszy....:)



Elektrownia w Turku...noc...


wtorek, 17 lutego 2009

Widok z biura




No taki widok mam teraz z nowego budynku TVP, czyli "Wieży Babel". Dziś zostały opublikowane wyniki plebiscytu na najbrzydszy budynek zbudowany w Polsce po 2000 roku i moje miejsce pracy zwyciężyło. Hurrra? Ale za to widok jest fajny

Iga śpiewa...odpłynąłem, jak zwykle

Tak to już ze mną jest. Wiedziałem, że będzie śpiewała i nie mogłem oprzeć się pokusie, by znowu usłyszeć ją na żywo. Zostałem więc w Krotoszynie do późnego wieczora. A Iga (w ciemnoniebieskiej sukni)znowu swym śpiewem sprawiła, że odpłynąłem. Żałuję, że mogę zamieścić tylko zdjęcia. Nagranie, choć nie odda wprawdzie piękna jej śpiewu, byłoby właściwsze... Jeśli gdzieś spotkacie na swojej drodzę tę dziewczynę, miejcie nadzieję, że usłyszycie jej wokal. To nie żaden pieprzony Idol, banda produktów, komercyjnych patałachów, którym coś się wydaje - żaden z nich nie dorasta jej do pięt... To esencja najprawdziwszej, naturalnej pasji przekutej w śpiew...ale jaki śpiew... No znowu odpłynąłem, po prostu...











No i doigrałem się, ale na własne życzenie, by sprowokować samą zainteresowaną. Iga ja wiem, że to chór, że to całość tworzy efekt, ale ja przyszedłem dla szczegółu, jestem nim zachwycony, choć tak jak Ty doceniam wszystkich, którzy zaspiewali z Twoją siostrą na czele i mamą, która tym pokierowała:)
A Iga napisała (to jest również w komentarzach): "Arek..ja tylko niektóre piosenki śpiewałam.Ile zrobił chór!! i inni soliści-MArysia (dzięki subtelności i aktorstwu dzwięku przybliżyła świat miłości),Weronika (mocnym ,ciepło brzmiącym altem, dodała nadziei),Łukasz (wyspiewał modlitwę o miłosć).Tylko dzięki Nim wyglądało to tak..Zaangazowanie i pasja dyrygentki przygotowującej raczkujący wtedy chór.Zespół-w nim siła!:)aaa i jeszcze Wojtek zmagający się z podwójna trudnością-śpiew i gra na gitarze.Pianista szukający nutek:)I cel. Tylko dlatego udało się stworzyć coś prawdziwego..."
Cieszę, się, że to Twoje słowa Igo, bo ja jestem totalnym laikiem:) dziękuję

sobota, 14 lutego 2009

Pierwsze próby ze strobo






Mam nową zabawkę - stroboframe - to taka ramka umożliwiająca umieszczenie lampy błyskowej powyżej aparatu.Efekt jest taki że postać jest oświetlona z góry, nie ma czerwonych oczu i za nią nie pojawiają się cienie. Naprawdę fajnie.Oto pierwsze próbki,ale jeszcze muszę wyczuć tą zabawkę:)
Jedno zdjęcie, to na którym Karola jest tylko oświetlona z jednej strony, zostało wykonana bez ramki - lampa na kablu została podana do ręki i Karola sama się oświetlała:)

wtorek, 10 lutego 2009

Kto go zna?!





To nasz nowy konkurs! Pytanie brzmi kto to jest? Odpowiedzi można przesyłać na kartkach papieru, zwiniętych w rulon i sznurkiem prztwierdzonych do grzbietu dżdżownicy. Dżdżownice wpuszczane są po podskoczeniu do wizjera i wykrzyczeniu w jego oko hasła: Widzę światełko w tunelu..
Pierwsza nagroda to Doda, a druga, jak zwykle, wąsy i broda. Powodzenia!!!

niedziela, 8 lutego 2009

Studniówka....

Byłem na studniówce i było świetnie... tak od około 01:20, kiedy pojechałem w noc, do Zdun spojrzeć na Drzewo, do Sulmierzyc, przywitać się z wiatrakiem, a potem przez Chwaliszew, Zduny nad Węgielenik i staw, którego nie znam nazwy....


poniedziałek, 2 lutego 2009

Tęsknota, tylko co z nią zrobić...

Ten weekend nad Bugiem był mi potrzebny. Zatrzymałem się, przemyślałem kilka spraw i doświadczyłem pustki wokół siebie. Najpierw tej namacalnej, tej ciszy nad rozlewiskiem, a potem pomyślałem o swoim życiu. Ktoś by pomyślał, że muszę być szczęśliwy, bo po tylu latach dopiąłem swego - pracuje w telewizji razem z "gwiazdami", z którymi znam się, spotykam nieraz po pracy... Tylko co z tego. Ci znani to przecież normalni, obcy mi ludzie. Właśnie obcy...
Od półtora roku każdy mój wieczór od poniedziałku do czwartku wygląda identycznie - jestem sam...Dobija mnie ta samotnośc i wyczekiwanie piątku, kiedy w końcu wsiądę w samochód, walnę kolejne 300 km i będę w Krotoszynie. Volvo kupiłem rok temu - przejechałem nim 40 tys km, czyli objechałem równik w większości chyba na trasie Krotoszyn - Warszawa. Gdzieś głęboko w podświadomości mam zapisane, że ja tu jestem w tej Warszawie na moment, ja tu jestem tylko na chwilę, kolejny etap życia, byle jak najkrótszy.Wszystko, a przede wszystkich, co/kogo mam zostawiłem w Krotoszynie...

Od dziś spróbuję trochę inaczej pracowąc i żyć. Jak tylko będzie to możliwe bedę chodził spać zaraz po przyjściu do domu i wstawał w nocy - może w końcu znajdę sposób i czas na naukę. Zatrzymałem się w miejscu jeśli chodzi o edukację. Uczę się tego czeskiego, ale tylko na zajęciach, a w domu nie mogę się skupić... Muszę to zmienić...
I chciałbym znowu wędrować po lasach, bez spoglądania na zegarek, że już muszę wracać, bo trzeba jechać do Warszawy. I chciałbym znowu jeździć rowerem, znowu pojechać na jakąś wyprawę....
Powoli dorastam do swojej firmy, powoli dorastam do zmiany systemu mojej pracy w tv. Chciałbym spędzać tu 1-2 dni w tygodniu i jesli dobrze to rozplanuję, to wiem, że to jest możliwe...
A tymczasem idę spać. Wstaję o drugiej i dalej jadę z czeskim...
Dobrej nocy....

niedziela, 1 lutego 2009

Nad Bugiem...

Nie chciałem zostać przez cały weekend w Warszawie i choć nie czułem się najlepiej (przeziębienie) i miałem mnóstwo nauki (język czeski) to stwierdziłem, że muszę się stąd wyrwać. Znalazłem w internecie Radziówkę - drewniany dom, będacy centrum gospodarstwa agroturystycznego Wojtka i Agnieszki, pełnego psów, koni i świetego spokoju...
Na miejscu okazało się, że mój pokój swoim klimatem przerósł moje oczekiwania, jest w nim nawet weranda - szkoda że nieogrzewana, bo pewnie w niej bym spędził większość pobytu:)Ale latem... A Wojtek to facet koło 50-tki, uśmiechnięty i otwarty. Jak cały dom. Robisz co chcesz, chodzisz gdzie chcesz, wtapiasz się w rodzinną atmosferę, buszujesz po kuchni, sporzywasz posiłki z akyualnymi domownikami, bądź sam. Nikt niczego od Ciebie nie wymaga. Nigdy nie byłem w takim miejscu. Niesamowite. Dwa dni dały mi mnóstwo odpoczynku, odrobinę pracy i wyprawę nad zamarzniety Bug, której plonem są te zdjęcia.



















Radziówka jest na przedmieściach Łochowa, 65 kilometrów od Warszawy. Ma stronę internetową. Gorąco polecam! Mój pokój poniżej:)




Spojrzenie na pola i na kościół...

W ostatni weekend odwiedziłem dom, moje okolice, do których będąc w Warszawie tęsknie chyba każdego dnia. Mija już półtora roku jak mieszkam w stolicy i z każdym dniem coraz mocniej myślę o wyrwaniu się stąd. Nie chodzi o miasto, które samo w sobie nie jest złe i daje mnóstwo możliwości rozwoju, zarówno zawodowego jak i duchowego. Tu chodzi o mnie. Strasznie oderwany czuję się od korzeni. Wcale nie czuję się dobrze w tej, obcej mi przecież, Polsce. Ja przecież jestem wychowany na śląsko - wielkopolskim pograniczu. To tam mój dom, tam każde drzewo, kamień są jak ja - miejscowe!:) Dopiero wyjeżdżając czuje się, jak bardzo brakuje znajomych okolic, twarzy. Nic nie jest w stanie zastąpić domu. Cieszę się, że udało mi się kupić ziemię na Stawach Milickich. Mam nadzieję, że tam osiądę.... A tymczasem powoli myślę o swojej firmie...ale ciiii na razie:)
A teraz kilka zdjęć - widoki z Benic i kościół, gdzieś w środkowej Polsce, który wydawał mi się tak upiorny:)






niedziela, 4 stycznia 2009

Trochę zimowych nowości


















wtorek, 28 października 2008

Zmieniłem profesję... Teraz napadam na banki:)

No może nie do końca jest tak jak w tytule, ale poniekąd… Znajomi rozpoczęli zdjęcia do nowego cyklu dokumentalnego TVP, pod roboczym tytułem „Zagadki PRL-u”, którego początek emisji zaplanowano na styczeń 2009. Jeden z odcinków będzie opowiadał o napadzie jaki miał miejsce 22 grudnia 1964 roku w Warszawie. Co się wydarzyło czytajcie poniżej. Ja natomiast wcieliłem się w jednego z bandytówJ. Kasia została kasjerką, a jej brat Piotr moim kompanem. Dwóch milicjantów to też nasi znajomi. Auto, autentyczną warszawę M-20, wypożyczono z Muzeum Motoryzacji w Otrębusach. Reżyserowała to ekipa: SzlomoJ i Sebastian, a kręcił z ramienia 18 metrowego i swego Jacek „Szatanek”



Był to najgłośniejszy powojenny napad w stolicy. Oficjalnie sprawcy nie zostali wykryci, ale nieoficjalnie mówi się, że złapano ich i zabito
MIEJSCE: Warszawa, dom Pod Orłami, ul. Jasna 1 (róg ul. Zgoda)DOJAZD: Dom znajduje się naprzeciwko Pałacu Kultury: po drugiej stronie Marszałkowskiej, w bezpośrednim sąsiedztwie pasażu „Wiecha”Słychać strzały! To napad na bank albo na konwój z pieniędzmi! Bandyci uciekli w kierunku ulicy Hibnera! Są zabici i ranni! – nerwowo wykrzykiwane słowa usłyszał major Tobolski, dyżurny oficer komendy miasta. Był 22 grudnia 1964 roku, kilka minut po godzinie 18.30. Telefonował Andrzej Olszewski, dziennikarz „Kuriera Polskiego”. Okna redakcji wychodziły na placyk przy ul. Jasnej, gdzie miał siedzibę III Oddział Narodowego Banku Polski
ego, przez warszawiaków zwany „Pod Orłami”, z racji rzeźb ptaków zwieńczających kopuły na narożnikach dachu.Kilka chwil wcześniej przed bank podjechał samochód Centralnego Domu Towarowego przy ul. Brackiej (dzisiaj „Smyk”), przywożąc utarg z pierwszej zmiany. Dwa dni przed Wigilią był duży – 1 milion 355 tys. 500 zł (wtedy wartość 10–11 domów jednorodzinnych). Z auta wysiedli: główna kasjerka CDT Jadwiga Michałowska i dwaj strażnicy: Zdzisław Skoczek (uzbrojony w pistolet) i Stanisław Piętka (niósł worek z banknotami ważący 7–8 kg). Piętka z workiem szybko szedł do wejścia, za nim Michałowska i Skoczek. Kasjerka kątem oka dostrzegła młodego mężczyznę w jesionce, idącego od Jasnej przy samym murze w kierunku wejścia. Piętka o krok od wejścia do banku zderzył się z mężczyzną, który nagle strzelił w pierś strażnika, wyrwał mu worek i uciekł. Ranny strażnik wbiegł do banku i upadł na schodach na piętro. Pojawił się drugi wysoki mężczyzna i dwukrotnie strzelił do Skoczka, który nie zdążył sięgnąć do kabury. Gdy strażnik upadł, napastnik strzelił do niego jeszcze raz. Kasjerka przykucnęła za bagażnikiem samochodu, którego kierowca Władysław Bogdalski bez przerwy naciskał klakson. Bandyta, który zabił Skoczka, kilka razy strzelił w karoserię i pobiegł za wspólnikiem uciekającym z workiem. Większość świadków twierdziła, iż uciekli ul. Hibnera (dziś Zgoda), na skos przez Sienkiewicza i przejściem między domami do ul. Moniuszki. Tam jakiś mężczyzna miał odebrać od nich worek z pieniędzmi, wrzucić go do zaparkowanej szaroniebieskiej warszawy starego typu i odjechać. Bandyci pobiegli do Marszałkowskiej, a potem w kierunku Świętokrzyskiej, gdzie wsiedli do wspomnianej warszawy. Byli też świadkowie, których zdaniem, bandyci uciekli ul. Kniewskiego (teraz Złota) i zniknęli wśród rusztowań budowanej wtedy tzw. Ściany Wschodniej.Koło banku przechodził fotoreporter „Sztandaru Młodych” Aleksander Jałosiński. Znajdował się w wąskim przejściu w kierunku ul. Sienkiewicza, gdy usłyszał strzały. Minął go biegnący mężczyzna z workiem w ręku. Fotoreporter zawrócił. Na placyku przed bankiem zobaczył leżącego strażnika we krwi.23 grudnia „SM” na 1 stronie opublikował jego relację. „Trudno opisać chaos tuż po napadzie. Po placyku biegali ludzie, trąbiły klaksony aut. Z okien redakcji »Kuriera Polskiego« wychylali się pracownicy, wskazywali, wołając: – Tam uciekli!”.Grupki ludzi biegały wokół banku, szukając bandytów. Po kwadransie milicjanci otoczyli placyk i zaczęli zaprowadzać porządek.Prowizoryczny sztab śledztwa (otrzymało kryptonim P-64) ulokowano w redakcji „Kuriera Polskiego”. Oficerowie „wyrywali” sobie świadków. Jedni potrzebowali zeznań, inni tworzyli portrety pamięciowe. Obława na ulicach Warszawy trwała do rana i potem cały dzień. Bandytów nie schwytano. Sporządzono ich portrety oraz figury naturalnej wielkości, ubrane tak, jak podali świadkowie. Kiedy kasjerka CDT weszła do pokoju na kolejne przesłuchania i ujrzała obu „bandytów”, wysokiego i niskiego, leżących na podłodze, zemdlała. Portrety opublikowała cała polska prasa. Po zbadaniu 8 łusek znalezionych przed bankiem, śledczy dowiedzieli się, że skoku dokonali przestępcy, których ścigano od lat.4 grudnia 1957 r. na zapleczu budowanego wtedy przy ul. Marszałkowskiej kina „Luna” napadli na Krystynę Wawerek, kasjerkę sklepu z obuwiem „Chełmek” (al. Wyzwolenia 13/15), która wraz z Zenonem Wolskim niosła tzw. portfel bankowy do skarbca bankowego na Bagateli. Mimo wycelowanej w siebie broni Wolski nie dawał sobie wyrwać 118 tys. 100 zł. Puścił, gdy padł strzał w ziemię. Na miejscu napadu znaleziono łuskę odstrzeloną z pistoletu wojskowego wzór 33. Broń nie była zarejestrowana.7 kwietnia 1959 r., ok. godz. 21, plutonowy MO Zygmunt Kiełczkowski, mieszkający w domu przy ul. Bednarskiej 23, szedł ścieżką wzdłuż skarpy mariensztackiej na przystanek przy tunelu Trasy W-Z, aby podjechać do pracy przy pl. Dzierżyńskiego. Jego ciało znaleźli przechodnie na wysokości pałacu Kazanowskich – miał dwie rany kłute na plecach, jedną na piersiach, ale zginął od strzału w głowę z pistoletu, znanego z napadu na kasjerkę. Bandyci zabrali mu pistolet TT i dwa magazynki z 16 nabojami.1 czerwca 1959 r., ok. godz. 21.50 kierowca przedsiębiorstwa transportowego „Łączność” Henryk Orlicz i konwojent Łukasz Czeczuń podjechali furgonetką pod Urząd Pocztowy nr 57 przy al. Armii Ludowej. Konwojent poszedł odebrać pieniądze. Po 10–15 minutach wyszedł z workiem, ubezpieczał go strażnik Stanisław Furmańczyk uzbrojony w pistolet maszynowy – pepeszę. Nagle pojawiło się dwóch mężczyzn, którzy jednocześnie oddali po strzale. Furmańczyk, trafiony w twarz, upadł. Ranny Czeczuń próbował się podnieść, bandyta dobił go strzałem w głowę. Bandyci zrabowali 666 tys. 600 zł i pepeszę z magazynkiem.„Express Wieczorny” opublikował fotografię Furmańczyka na szpitalnym łóżku. Strażnik powiedział, że bandytów było 2, strzelali bez ostrzeżenia, „jeden był niski w berecie i jasnym płaszczu, drugi wysoki ciemny, bodajże w brązowym”. Czeczunia dobił bandyta niosący worek z pieniędzmi. Następnego dnia Furmańczyk otrzymał list nadany 5 czerwca wieczorem w Katowicach. W kopercie był nabój z magazynka pepeszy.Napastników (zawsze dwóch, jeden wysoki, drugi niski) cechowała odwaga granicząca z brawurą i wielka sprawność fizyczna. Nie obawiali się zdemaskowania, nie używali masek. Doskonale posługiwali się bronią. Zabijali bez skrupułów. Brano pod uwagę, że mogli to być dawni funkcjonariusze UB lub MO, byli wojskowi lub członkowie organizacji podziemnych. W 1989 roku ich przestępstwa uległy przedawnieniu z mocy prawa.Po opublikowaniu w „Kulisach” w 1997 r. artykułu o napadzie (pierwszego w polskiej prasie opartego na fragmentarycznych zapewne aktach śledztwa) do redakcji nadesłano list, nadany w Jaworznie. Jego autor polemizował z twierdzeniem, że bandyci spod banku na Jasnej nie zostali wykryci. „To nieprawda. Sprawcy napadu zostali po kilku miesiącach wykryci, ustaleni i zlikwidowani, przynajmniej dwaj bezpośredni. (…).Wielu b. funkcjonariuszy MO bezpośrednio zaangażowanych w tę sprawę wie, że: »Sprawcy napadu na kasjerkę i strażników z utargiem z CDT, czyli P-64, zostali ustaleni, lecz ze względu na zachowanie autorytetu środowiska, z którego się wywodzili, i dobro państwa nie podano ich nazwisk do publicznej wiadomości«. Byli to dwaj oficerowie SB, major i kapitan”.DZIŚ W DOMU POD ORŁAMI MIEŚCI SIĘ BANK PRZEMYSŁOWO-HANDLOWY



































niedziela, 19 października 2008

Nsze dwie wyprawy - cudowna przyroda i ruiny przeszłości


Zrobiliśmy sobie dwie wycieczki. Najpierw wybralismy się na Stawy Milickie. Przejechaliśmy groblą, a potem znaleźliśmy nie do końca zapomniany cmentarz ewangelicki. Kępa drzew pośród łąk. Piękne nagrobki, cudowne, kute ogrodzenia kwater oraz wspanieły dąb!
Tydzien później pojechaliśmy do Goszcza. Jakiś czas temu trafiłem tam przypadkiem i kiedy stanąłem na dziedzińcu zrujnowanego zespołu dworskiego zamurowało mnie. Zresztą zobaczcie sami jaka perła. W drodze powrotnej zwiedziliśmy Twardogórę. Jesień chojnie nas obdarowała słońcem, wiatrem, zapachem lasu, łąk.... uwielbiam ten czas....
Tofi! Napisz coś od siebie w komentarzu. Proszę:)





Grobla - Stawy Milickie





















Cmentarz











































































































Muchomor i Tofi:)

















Krowa,... jakby kto nie wiedział....





Wspanialy kartusz herbowy - Goszcz









Goszcz...













































Życie we dworze...




























Hmmmm....















Zycie we dworze...


















Pani Jesień...














Twardogórski Herkules... nie miał szans w tym starciu:) Pozorowany unik Martyny i kontra, której nie zdążyłem uchwycić w kadrze....

środa, 20 sierpnia 2008

Analizy, dyskusje, pomysły, budżety...

Wróciłem do pracy... Na razie czas spędzam na tych czynnościach zawartych w tytule posta. Zaraz zaczynamy nowy sezon w naszym programie i jest to czas planów i prób uatrakcyjnienia jego oferty. Najbardziej jednak rozwalił mnie, dostarczony nam do zapoznania, dwustronicowy dokument dotyczący konkursu dla widzów, jego roli itp. Sam dokument ok, ale nadtytuł jest niesamowity. Cytuję:
"Strukturalna analiza jego funkcjonalności w kontekście zwiększania emocjonalnych związków widzów z programem przy uwzględnieniu ekonomicznych zależności wpływów do budżetu programu wynikających zarówno z teleaktywności widzów jak też z działań sponsorskich w sferze intensyfikacji kreacji wizerunku ekranowego usług i towarów rynkowych."
Ja nowomowę partyjną to znam wyłącznie z książek lub kronik filmowych, ale niechybnie było to moje pierwsze skojarzenie po przeczytaniu powyższego nagłówka. Podejrzewam, że autor, który prosił mnie bym nie zamieszczał tu jego nazwiska, specjalnie nadał wypowiedzi taki charakter. Przyznam zatem, że spokojnie odnalazłby się w minionych czasach na dobrze płatnym stanowisku ds. propagandy , oczywiście sukcesu:)

wtorek, 19 sierpnia 2008

Do Warszawy przez Ustkę...

Jakoś tak wyszło, żę miałem jechać do Warszawy. I owszem wyjechałem, ale dotarłem do Jarosławca i dopiero dwa dni później wróciłem na szlak. A te dwa dni nad morzem były... sami zobaczcie. Po prostu świetne. A poza tym w ten sposób zamknąłem mój rajd po granicach Polski. Na Mazurach zaliczyłem rosyjską, litewską i białoruską; w Bieszczadach ukraińską i słowacką; w Karkonoszach czeską; na Woodstocku niemiecką i teraz Bałtyk:)
To były wspaniałe wakacje:)
Za rok chcę takie same. To znaczy dwumiesięczne:)

Na północ...











Ser








Okno










Ptak






Jarosławiec. Ciekawe
doświadczenie. Nigdy
nie byłem w typowo
letniskowej miejscowości.
To był pierwszy raz.
I ostatni...

















Domki






Sklep








Artur - wyjście z wody:)





Towarzystwo...










...












....






.....






Ustka. Tego typu okrętem
pływał dziadek...








A ja z Martyną bryknęliśmy
się tym żaglowcem:)










Św. Nepomucen. A jakże.
W końcu to patron przepraw








Ustka








Z wiatrami










Z falami







Unia?







Restauracja z
włoską muzyka






Ale mi się
przedziałek zrobił:)



























Żywioł i demon prędkości



































1/4000 s. i F.22









Fajna rejestracja:)









Na plaży










Przypływ






Falochron








...





Pożegnanie z Bałtykiem

Folk 2008....





Martyna i Róża za kratami




































Jak pięknie:)












Tofi









Wojtek






















Kuba









Róża











To jest aparat a nie ten mój "cyfrak











































Oh Bracia i Siostry bawmy się!


















































































































































































Folkowe ludki:)






















































Bart
























poniedziałek, 18 sierpnia 2008

Woodstock 2008. Fajnie było...

A to dlatego, że byłem nieco poza tym wszystkim co się wokół działo. Z racji zadania - fotodokumentowania działań, koncertów, akcji, itp. mogłem spokojnie pracować sam. Stałem niejako z boku i obserwowałem. Oto plon. Mały reportaż. Podczas tygodnia na polu zrobiłem około 2600 zdjęć. Zachowałem op 1000 mniej i z tego wybrałem poniższe... Fajnie było. Zobaczcie sami:)

niedziela, 17 sierpnia 2008

Woodstock 2008...w 178 odsłonach:)




Pracujemy








Meeting place









Olewamy











Mool pędzi









Kierownik










Jak zwykle coś przywieźli,
tym razem motocyklistę i
dwa słupki




Klimacik








Do rezerwy...






Jest pięknie







Pociąg przyjechał i
się wylali






Nie wiem jak mi ten efekt wyszedł,
gdzie mi się te światełka odbiły







ToiLand








Dotlenianie













Arizona i Dream,
tylko namiot a flachy brak







No to niech szukają...

Woodstock 2008...


Zbyszek Hołdys











Jeszcze ściernisko








Bez rączek, byle nie bez zębów















...







Jacek Żakowski










Patrol haruje







O kurdę trafiłem...







Jacek Żakowski












Pan Motylek










...








Britney Wood...











Chłopaki Pod Wezwaniem










Pokojowo zainteresowane panny








Tomek Raczek










I ja Ciebie też pozdrawiam, bracie:)

Woodstock 2008...


Kolega twierdził, że jest
Panem Jednorożcem i szuka
Pani Jednorożec celem prokreacji
dla zachowania gatunku.
Mam nadzieję, że znalazł:)



Słuchacze Akademi Sztuk Przepięknych







Rodzinne woodstockowanie








To nie różaniec:)










Patrol przed...







Jurek i Tomek Raczek







Hare Krishna, Here Rama....







Można i tak...












Ogórek zielony ma garniturek i
niebywale groźna minę.











Owszem, było gorąco











Fotka do rodzinnego albumu






Nasi tam byli








Kamikadze Club










Nocne eskapady Prezesa







Szuka, a wokół tylu Brodaczy

Woodstock 2008...

Scena się buduje, no oczywiście nie sama:)









Woodstockowe ciacho:)







A Owsiaka tam powiesimy:)











Pan Elektryk, jak widać






Zaraz ruszamy









No to odjazd!!!






Kozioł prezentuje strój Lidera,
który będzie obowiązywał na
przyszłym wood. Uważa, że
żółte koszule to już przegięcie.
Czas na zmiany!







Chłopaki z "eski" sprawdzali
czy koła od wozu Jurka będą
pasowały do ich Transita




Juras zmienia koło:)
Założył terenowe opony,
a potem wyjechał w teren i
... się zakopał. Chłopaki musieli
po niego jechać i go wyciągnąć:)




Jurek i Dzidzia:)





Marcin, gra na wszystkim
co nie wygląda jak instrument.
Oto jego woodstockowy bagaż
- koszula, spodnie, gatki i
40 kilo cudów



A to Bartek, który czyta,
opowiada,gawędy snuje.
Bartka poznałem wCieszynie.
Wspaniały człowiek i oto jego
bagaż - ksiązki, szczoteczka,
książki, książki, książki i worek
w którym to nosi i w którym śpi.


Malwina. Buraczku, cieszę się,
że Cię spotkałem i żaluję,
że miałem tak mało czasu dla Ciebie.
Do zobaczenia kiedyś








Jurek pod, Raczek na scenie







Polowe karetki naszych "górali"

Woodstock 2008...


Kurz, pył, pot i fura radości!!!









Mój cień i Wronka, bo....
bo nie lubi gdy robię jej zdjęcia:)










Już widać gdzie ostatnio byli,
skąd znaki zapier....







Gdzie ta woda się podziała?









Ach, cudowny widok...







Wioska Wojskowa - Rosomak, 12 mln zł.
Fajna bryka:)







Woda. Strażacy mieli pełne ręce roboty
gasząc rozpaloną publiczność






Milkee pytał czy może odbyć jazdę testową.











Fiesta na i pod sceną






Jurek, Sczepan, Milkee i nasz Trooper








Gwiazdki








Koleżanka po fahu
za zasłoną kropel wody









Mała scena przed koncertami






Taki banknot był w jednym z portfeli
oddanych do Biura Rzeczy Znalezionych






Tych czterech facetów wygląda jak
ekipa zabezpieczenia chemicznego.
Za nimi czyści, przed nimi ubłoceni.
Ale spokojnie to tylko pył i woda