czwartek, 17 lipca 2008
wtorek, 13 maja 2008
Twierdza Modlin, najdłuższa budowla Europy z widokiem na Warszawę
Krótko mówiąc polecam, choć przestrzegam też, by uzbroić się w cierpliwość - podróż z Warszawy do Modlina pociągiem trwa ponad godzinę i jedzie się w żółwim tempie. Zaznaczam że to tylko 30 kilometrów...
Zdjęcie ósmę, to ukryta na jednym z wewnętrznych wałów twierdzy, pośród zarośli, stacja... gołębi pocztowych. Ciekawostką związaną z tą budowlą było pewne rozwiązanie architektoniczne, które wprawiło mnie w osłupienie. Zwiedziłem dokładnie każde pomieszczenie parteru tego budynku i nie znalazłem nawet śladu, zamurownaego wejścia, nie mówiąc już o klatce schodowej, która prowadziłaby na dwie wyższe kondygnacje! Nie mam pojęcia jak się wchodziło na górę. Obszedłem wnętrze, na zewnątrz obejrzałem ściany szukając śladów monatażu zewnętrznych schodów i nic...
Ostatn
środa, 7 maja 2008
Sparaliżowałem telewizyjną stołówkę w godzinach porannych...
Od kilku dni w naszej telewizorni stołówkę pracowniczą prowadzi nowa firma. Po pierwszej wizycie wiedziałem, że szybko zatęsknie za sodowym jedzeniem serwowanym nam wcześniej przez Lotowski catering. Dziś już wiem, że żarcie dla psa, które nam tu teraz podają nie jest jedynym problemem. Otóż w piękny środowy poranek, korzystając z 30 minut wolności postanowiłem zobaczyć, co tam panie na śniadanie. Wchodzę do stołówki i od razu spostrzegam, że tylko ja wpadłem na tak genialny pomysł o godzinie 8.09. Menu jakieś z czapy, słodkie tosty francuskie, jaja na boczku, ale widzę, że i omlet z pieczarkami jest. No to zamawiam omleta i proszę o tosty, ale takie normalne, dwa kawałki chleba przyrumienione w tosterze. I zaczęło się…Najpierw pani oznajmiła, że omletów nie trzymają w przeznaczonych do tego pojemnikach, bo robią się wtedy wilgotne i że zaraz mi przygotują go w kuchni. Dobra. Poczekam, ale myślę sobie, co by było gdyby 10 innych osób zamówiło tego omleta wraz ze mną? Paraliż stołówki? Nie, aż tak dużo nie trzeba było, by rozmontować organizację tej stołówki. Tosty. Pani przełożona poleca przygotowanie ich młodej dziewczynie z warkoczykami i biała wełną w nie wplecioną na całej głowie. Dziecko to patrzy na mnie przerażonymi oczami, patrzy na przełożoną, w końcu ta chwyta za toster, przynosi mi go na ladę, podłącza do prądu, wręcza opakowanie chleba tostowego i „proszę sobie zrobić”. Oczywiście toster nie był wyregulowany, więc w ostatniej chwili zorientowałem się (ja, nie obsługa, która niczego nie zauważyła), że żarcie mi płonie. Szybko przekręciłem gałkę sterującą mocą „przyrumieniania” i tosty nie były tak bardzo czarne. Dziecko z wełną we włosach powiedziało „oj” i zapytało czy może chce nowe. Ja podziękowałem (bardziej „wysmażone” się już jadło na obozach) i pokazałem jej do czego służy ta gałeczka w tosterze. Ona mi na to, że „jest ze wsi i nie widziała”. Tak, to wszystko tłumaczy. Zresztą już przy pierwszej wizycie cała obsługa zachowywała się, jakby dzień wcześniej ich wszystkich siłą od pługa oderwano i przyprowadzona do tej stołówki. No ale ja czekam na omleta. Pani przełożona kręci się wokół siebie, to wchodzi do kuchni, to wychodzi, po którymś kursie oznajmia mi, że następnym razem to ona patelnie z domu przyniesie i mi prawdziwego omleta zrobi, bo to co oni tam tworzą w kuchni to nie omlet. To mi apetyt wzmocniła… W końcu dostałem „nieomleta”, którego przygotowanie pochłonęło 20 minut i skutecznie zaabsorbowało minimum trzy osoby. Oczywiście suchy i przypalony od spodu, ale co tam zmierzam do kasy. Przy jednej siedzą dwie panie. Jedna podobno wie jak wbijać produkty, a druga jest szczęśliwą posiadaczką palca do wbijania i wiecznie zdziwionych oczu. No i patrzy to na mnie to na talerze z tostami i omletem. Zlitowałem się i wyjaśniłem co jest na talerzu, zaznaczając, że tosty są takie nie z menu. Zawyrokowała 6,50 zł. Ok. Płacę, siadam przy stoliku, próbuje omleta doszukując się smaku, zasypuje go pieprzem i solą, a w międzyczasie słyszę jak przełożona zwraca uwagę kasjerce, że za tosty nie powinna mi policzyć. Dobra. Pierdolę. Jem i spadam. Jednak przede mną ostatni akt farsy śniadaniowej. Do stolika podchodzi przełożona i kładzie mi na tacy 6,50 zł, przeprasza i zaznacza, że jutro zrobi omleta, że ho ho. Może jednak powinienem jej powiedzieć, żeby tej patelni z domu nie taszczyła, bo jutro śniadanie zrobię sobie w domu?
poniedziałek, 5 maja 2008
To hulam już u siebie...
Konkretnie chodzi o to, że właśnie zaopatrzyłem się w internet bezprzewodowy, więc tego posta piszę już na laptopie z domu:) To po prostu oznacza, że będę mógł częściej zamieszczać nowinki z mojego żywota, a wy możecie je komentować na bieżąco. Fajnie, że jesteście Kochani. Magdo, Natalio, Karolino, Martyno, Majeco i wszystkich nie wymienionych - pozdrawiam:) Buziaki!!!
niedziela, 4 maja 2008
Dronek się buntuje, opatrzność czuwa...
To właśnie ta zm
iana planów o której pisałem w poprzednim poście. Zabrałem rodziców i Karolę moim autem do babci na Kopieczki. Po jakiejś godzinie oni postanowili wrócić. Więc odwiozłem ich do domu, a sam ponownie zajechałem przed babciną bramę. I tak zostałem. Kiedy już nagadałem się z kuzynostwem i ich drugimi połówkami, wymieniłem kilka zatroskanych spojrzeń z babcią, zasiadłem za sterami mojego Red Debila, włożyłem kluczyk do stacyjki i… nie mogłem do przekręcić. Marcin, też nie mógł, więc zawiózł mnie do domu. Wróciłem z ojcem, ale i on nic nie wskórał. Stacyjka i kierownica zablokow
ane na amen. Cóż pozostało. Szybki telefon do Seby, że nie przyjadę do Wrocławia, do Magdy, że w Krakowie się nie zobaczymy i myślenie co dalej. Następnego dnia, w sobotę, udało mi się skontaktować z Piotrem Giezkiem , byłym zdunowskim radnym, którego cała rodzina jeździ autami marki volvo a ona sam handluje częściami. Okazało się, że ma stacyjk
ę od nieco nowszego modelu, ale ma pasować. Wszystkiego dopilnuje mój ojciec. W poniedziałek zobaczą czy rzeczywiście taka podmiana jest możliwa.
Koniec końców zmuszony zostałem do powrotu do Warszawy pociągiem. Fajnie było. Dobrze że miałem książkę. „Pingpongista” Józefa Hena, książka naprawdę piękna i dająca dużo do myślenia na temat naszej ludzkiej kondycji, jak bardzo jesteśmy zdegenerowani. Mimo to dająca jednak nadzieję. Warto zajrzeć. Gorąco polecam.
Oczywiście ksiązki nie starczyło mi na podróż, więc zająłem się fotografowaniem. Uwielbiam robić zdjęcia z pociągu. Wszystk
o jest delikatnie rozmazane, jak to Magda stwierdziła, jakby to olejny obraz był, nie fotografia… Piękna ta nasza Polska, szczególnie gdy oświetlają ją ciepłe promienie zachodzącego wiosennego słońca. Soczysta zieleń łąk jest w takiej atmosferze zniewalająca. Wychylałem głowę z wagonu i chłonąłem ten pęd powietrza, zapach budzącej się przyrody, radość kolejnej wiosny. Jak ja kocham ten czas, to przebudzenie, nagły wybuch życia… Aż żal że do pracy muszę już zaraz iść. Najchętniej zarzucił bym plecak na ramię , wziął mocny kij do ręki, wzuł mocne buty i powędrował gdzie oczy poniosą. Już wyczekuję tych Bieszczad, w które z Natalią mamy jechać w połowie maja. Oczywiście jeśli Dronek będzie miał już nową stacyjkę. Ach Dronek, Dronek, łobuzie…
A skąd opatrzność. Pomyśleć wystarczy, że ta stacyjka mogła zaciąć mi się wszędzie. Gdybym nie pojechał drugi raz do babci. To rano odpaliłbym samochód, dojechał do Wrocławia, spotkałbym się z Sebastianem i Jo
anna i… zostałbym tam. A tak auto stoi pod bramą mojego kuzyna – mechanika. Lepszego miejsca już nie mogłem wybrać!!! Oczywiście nie jadę też w takim wypadku do czech, bo i tak nie zdążyłbym na urodziny Aleny 10 maja. Ale to też chyba jakiś znak. Widocznie nie miałem tam jechać. Wierzę w takie znaki. Zawsze staram się zrozumieć co zmieniająca się rzeczywistość chce mi przekazać i nigdy na siłę nie staram się jej nie zmieniać. Na razie wychodzi mi to na dobre…
Ps. A to na końcu to dom moich rodziców. Wszystko wokół niego kwitnie i jest cudownie... Szkoda było zostawiać go za sobą...
Koniec końców zmuszony zostałem do powrotu do Warszawy pociągiem. Fajnie było. Dobrze że miałem książkę. „Pingpongista” Józefa Hena, książka naprawdę piękna i dająca dużo do myślenia na temat naszej ludzkiej kondycji, jak bardzo jesteśmy zdegenerowani. Mimo to dająca jednak nadzieję. Warto zajrzeć. Gorąco polecam.
Oczywiście ksiązki nie starczyło mi na podróż, więc zająłem się fotografowaniem. Uwielbiam robić zdjęcia z pociągu. Wszystk
A skąd opatrzność. Pomyśleć wystarczy, że ta stacyjka mogła zaciąć mi się wszędzie. Gdybym nie pojechał drugi raz do babci. To rano odpaliłbym samochód, dojechał do Wrocławia, spotkałbym się z Sebastianem i Jo
Ps. A to na końcu to dom moich rodziców. Wszystko wokół niego kwitnie i jest cudownie... Szkoda było zostawiać go za sobą...
Jamal z siostrą...
Wróc
iłem na długi weekend do Krotoszyna, a tak właściwie tylko na czwartek i piątek, bo w sobotę już miałem zaplanowane spotkanie we Wrocławiu z nową bohaterka"Wyjechanych", a stamtąd mialem jechać do Krakowa po Magdę, która w tym czasie bawiła się w Beskidzie Niskim. Oczywiście jak to plany w pewnym momencie uległy weryfikacji. Zanim jednak to nastąpiło wpakowaliśmy się z siostrą w auto i pojechaliśmy do Koźmina na koncert Jamala. Okazało się ze na imprezę zawitało pół "Kołłątaja", więc o wesołą ekipę nie było trudno.
Najbardziej ucieszył mnie widok Martyny. Roześmiana piegowata mordka rozjaśniająca każdy mrok:) super.Miło było ją zobaczyć. Koncercik miły z wyglądu, tam się włącza do prądu, jak się rozkręci to wam pokazę, bo byl z epoki marzeń... ha, ha, taka zgrabna (się mi wydaje) parafraza Adama Ziemianina, ale koncert rzeczywiście był ok. Bez fajerwerków, ale też nie było to rzemiosło. Pobujałem się i zaraz po spakowaliśmy się całą ekipą w dwa auta i pojechaliśmy do Bożacina. Wbiliśmy na jakąś impreże , ale klimat był nędzny, więc ewakuowaliśmy się do Krotoszyna d
o rozchuli. Tam jednak 5 zł wstęp - nikt nie chciał płacić, to jeszcze na moment zrobilismy jednej znajomej nalot na chatę, a potem rozjechaliśmy się do domów. Odwio
złem Mart
ynę do Bożacina i wraz z siorą zakupiliśmy po browarku na dobrą noc. A tuż przed spankiem Czesio na dobry sen...
piątek, 2 maja 2008
Komentujcie...
W ustawieniach taki pstryczek był, który sprawiał, że nie wszyscy mogli zamieszczać swoje komentarze. Odkryłem to i zmieniłem. Teraz forum otwarte, choć oczywiście chamstwa nie zniese... Piszcie więc, komentujcie, krytykujcie i doceniajcie.
Ps. Majeca, miło było Cię było spotkać. Do zobaczenia na blogu.
Fot - TVPW podczas warsztatów na Polach Mokotowskich
wtorek, 29 kwietnia 2008
Amsterdam, widziany przez szprychy…
Ja wiedzi
ałem, ja czytałem, ale gdy zobaczyłem, to oniemiałem. Tysiące, tysiące rowerów, wszędzie, naprawdę. Każda lampa w zestawie z opartymi o nią jednośladami, każdy skwer obłożony dwoma kółkami, czekającymi na właściciela lub złodzieja – zależnie od tego, kto pierwszy się nim zainteresuje. Naprawdę fajne przeżycie ten amsterdamski cyklistyczny krajobraz….
Cztery dni w Holandii. Mało, ale dla mnie wystarczająco, by docenić pewną mądrość i zaradność Holendrów. No i ta piękna, zadbana architektura. Okazuję się, ze kluczem do osiągnięcia tak unikatowej przestrzeni miejskiej/wiejskiej jest… cegła. Gdzieś o połowę mniejsza od naszej. Czerwona ce
gła, białe, gęsto ułożone spoiny, białe okna, „dzwonkowe” zwieńczenia fasad i podłużnice z hakami, wystające z tych zwieńczeń jak gwoździe z czoła. A wszystko bardzo przemyślane. Budynki są wąskie, klatki schodowe w nich strome, wniesienie mebli to wyprawa na dach świata. Toteż budynki, zaopatrzone w wielkie okna i te „gwoździe”, celowo pochylone są nieco do przodu, by łatwiej było wciągać dobytek zew
nętrzną windą – hop przez okno…A to tylko jedno z wielu ciekawych rozwiązań.
A klimat miasta. Oczywiście zwiedzałem je wyłącznie na rowerze lub pieszo. Red Light District czyli dzielnica czerwonych latarni, która miała być jaskinią prostytucji, nią jest rzeczywiście, ale nudną, monotonną. Towar owszem prezentuje się w przeszklonych drzwiach prowadzących do małych pokoików z dużym łóżkiem, umywalka, krzesłem, świeczka…. A tam 50 euro otwiera zestaw usług. Jedna cena bez względu na rodzaj przyjemności. Niektóre z tych dziewczyn były naprawdę ładne, bo niektóre z ni
ch były naprawdę z Polski… Krajobrazu dopełniają krzykliwe neony, teatry z seksem na żywo, sex shopy z gadżetami, lekturami i filmoteka oraz pisuary na środku deptaków…
Zapach. Zniewalający, świeży, przyjemny zapach. Nie, nie trawy – choć przy cofee shopach a i owszem, ale to miasto po prostu pachnie. Jak, skąd nie wiem…
Trawa mi nie smakuje. Ciasteczka z Marysią są smaczniejsze. Oczywiście drugim jonitem już się upaliłem, ale to nie było przyjemne uczucie. Byłem po prostu pijany, nic więcej. Nie lubię być pijanym, nie lubię przekraczać granicy za którą nie w pełni kontroluje ciało. Bo ja nie upaliłem swojego umysłu, ja zniewoliłem ciało. Bez sensu, nie lubię trawy, nie wrócę do niej, nie kręci mnie. Upić to ja mogę się piwem. Choć wcale nie chcę. Nie upijam się, nie upalam się…
Kupiłem winylowe U2 „War”. Teraz muszę kupić gramofon…
Widziałe
m wiatraki. Piękne, ale jakieś takie sztuczne, mimo, że ciągle żywe i funkcjonujące, to jednak ciągle towarzyszyło mi to znienawidzone uczucie – obijanie się aparatu fotograficznego przewodnika wycieczki hamburskich, tokijskich, paryskich emerytów, obijanie się aparatu o moje plecy. Nie kurwa, jak zwykle jakiś pierdolony autokarowy nalot. Nienawidzę turystów… W efekcie wolę jednak sulmierzyckiego koźlaka, pod którego śmigami mogę legnąć wpatrując się w chmury, a jedyne uczucie które będzie mi wówczas towarzyszyło, to kłucie świeżo skoszonej trawy włażącej mi w dupę…
Do Amsterdamu wrócę…Dobrze się tam czułem…Może nawet odwiedzę jaką galerię, bo teraz rzetelnie olałem wszystkich holenderskich mistrzów malarstwa…
Cztery dni w Holandii. Mało, ale dla mnie wystarczająco, by docenić pewną mądrość i zaradność Holendrów. No i ta piękna, zadbana architektura. Okazuję się, ze kluczem do osiągnięcia tak unikatowej przestrzeni miejskiej/wiejskiej jest… cegła. Gdzieś o połowę mniejsza od naszej. Czerwona ce
A klimat miasta. Oczywiście zwiedzałem je wyłącznie na rowerze lub pieszo. Red Light District czyli dzielnica czerwonych latarni, która miała być jaskinią prostytucji, nią jest rzeczywiście, ale nudną, monotonną. Towar owszem prezentuje się w przeszklonych drzwiach prowadzących do małych pokoików z dużym łóżkiem, umywalka, krzesłem, świeczka…. A tam 50 euro otwiera zestaw usług. Jedna cena bez względu na rodzaj przyjemności. Niektóre z tych dziewczyn były naprawdę ładne, bo niektóre z ni
Zapach. Zniewalający, świeży, przyjemny zapach. Nie, nie trawy – choć przy cofee shopach a i owszem, ale to miasto po prostu pachnie. Jak, skąd nie wiem…
Trawa mi nie smakuje. Ciasteczka z Marysią są smaczniejsze. Oczywiście drugim jonitem już się upaliłem, ale to nie było przyjemne uczucie. Byłem po prostu pijany, nic więcej. Nie lubię być pijanym, nie lubię przekraczać granicy za którą nie w pełni kontroluje ciało. Bo ja nie upaliłem swojego umysłu, ja zniewoliłem ciało. Bez sensu, nie lubię trawy, nie wrócę do niej, nie kręci mnie. Upić to ja mogę się piwem. Choć wcale nie chcę. Nie upijam się, nie upalam się…
Kupiłem winylowe U2 „War”. Teraz muszę kupić gramofon…
Widziałe
Do Amsterdamu wrócę…Dobrze się tam czułem…Może nawet odwiedzę jaką galerię, bo teraz rzetelnie olałem wszystkich holenderskich mistrzów malarstwa…
Styczniowa wiosna w Dublinie
W styczniu poleciałem na zdjęcia do Dublina. Pogoda była w kratkę, deszcz, słońce,
ale wiosenna, ciepła, optymistyczna z zielenią parków i delikatnym wiatrem od morza. Dwa tygodnie to za długo jak na Dublin. Tym bardziej, że to już kolejne moje odwiedziny nad Lifty. Fakt, od mojej ostatniej wizyty na ulicach pojawiły się tramwaje, ale z drugiej strony wszechobecna polskość nieznośnie psuje pobyt.
Czułem się jak bym spacerował w sobotnie popołudnie po krakowskiej starówce – w obu miejscach połowa ludzi mówi po polsku.
Zdjęcia do „Wyjechanych”, bo taki był cel mojego pobytu, wypadły nieźle, choć z powodu miejscowego operatora (który po pierwszym
tygodniu zdjęć oznajmij mi, że w drugim tygodniu zamiast czterech dni ma dla mnie tylko dwa) nie udało mi się zrealizować wszystkich pomysłów. Nie ma jednak co narzekać. Montażystka (kochana Ula) wycisnęła z nienajlepszych zdjęć 110% ... Zresztą jednego bohatera robiłem przy użyciu ukrytej
kamery, więc radziłem sobie sam. To zresztą był najciekawszy czas – trzy dni na ulicy, z dwoma bezdomnymi Polakami. Wyglądałem jak oni i tak samo byłem traktowany na ulicy, w sklepach, hotelach, jadłodajniach… jak powietrze, element krajobrazu, ale nieraz też jak człowiek, zagubiony, ale jednak człowiek… budujące. Trzy dni pozwoliły mi wierzyć w przyszłość. Jeśli
już naprawdę nie będę miał pomysłu na życie i odwrócą się ode mnie wszyscy moi przyjaciele, bliscy, wówczas spakuję „Janka” i za ostatnie pieniądze kupię bilet do Dublina. Tu naprawdę można spokojnie przeżyć na ulicy… Wino 4,50euro, czyli jakieś 10 minut żebrania, bez żadnego wysiłku, z plastikowym kubkiem w dłoni, siedząc w
kucki na Ha’penny bridge, bez spojrzeń na przechodniów i słów, słuchając brzęku kolejnych monet. A gdybym posiedział dłużej…?
Nie chciałbym jednak tu mieszkać. Już wyleczyłem się z Irlandii, która wcale nie jest już fascynująca. Myślę, że to kraj który najbardziej ucierpiał na rozszerzeniu Unii. Irlandia jest już niesamowicie nijaka. Coraz mniej celtycka i ani odrobinę słowiańska. My tam tylko pracujemy, wydajemy kilka gazet i co jakiś czas „zbieramy pieniądze na Owsiaka” przy muzyce importowanej na ten czas polskiej kapeli. Co z tego, że spotkałem trzydziestu zapaleńców, dziennikarzy, radiowców, fotografów. Wydaje mi się, że oni sami nie mają pomysłu na siebie w Irlandii. A może mi się tylko wydaje, ale nie przekonali mnie, że są tam szczęśliwi, no nie, nie, nie. Żal mi Irlandii...
Spacerowałem więc, codziennie przemykałem przez St. Stephens Green, Grafton Street, dartem doturlałem się do Howth, gdzie obszczałem wieże radiową, a właściwie obłozoną antenami martello tower, jakich tu jest jeszcze kilka… Bez sensu. Trochę straciłem czas. Ale wiosna w styczniu to jednak miłe doświadczenie.
A na lotnisku przetrzepali mi bagaż, bo ukryta kamera wyglądała na prześwietleniu jak ukryta bomba, a trzej opancerzeni w kamizelki i hełmy ochroniarze , którzy obserwowali mój każdy ruch gdy otwierałem walizką, sprawiali wrażenie, jakby zastanawiali się, czy zdążą zesrać się ze strachu zanim wyślę nas wszystkich na łono Abrahama.
Mówcie mi Ahmed, choć żyjęJ
Zdjęcia do „Wyjechanych”, bo taki był cel mojego pobytu, wypadły nieźle, choć z powodu miejscowego operatora (który po pierwszym
Nie chciałbym jednak tu mieszkać. Już wyleczyłem się z Irlandii, która wcale nie jest już fascynująca. Myślę, że to kraj który najbardziej ucierpiał na rozszerzeniu Unii. Irlandia jest już niesamowicie nijaka. Coraz mniej celtycka i ani odrobinę słowiańska. My tam tylko pracujemy, wydajemy kilka gazet i co jakiś czas „zbieramy pieniądze na Owsiaka” przy muzyce importowanej na ten czas polskiej kapeli. Co z tego, że spotkałem trzydziestu zapaleńców, dziennikarzy, radiowców, fotografów. Wydaje mi się, że oni sami nie mają pomysłu na siebie w Irlandii. A może mi się tylko wydaje, ale nie przekonali mnie, że są tam szczęśliwi, no nie, nie, nie. Żal mi Irlandii...
Spacerowałem więc, codziennie przemykałem przez St. Stephens Green, Grafton Street, dartem doturlałem się do Howth, gdzie obszczałem wieże radiową, a właściwie obłozoną antenami martello tower, jakich tu jest jeszcze kilka… Bez sensu. Trochę straciłem czas. Ale wiosna w styczniu to jednak miłe doświadczenie.
A na lotnisku przetrzepali mi bagaż, bo ukryta kamera wyglądała na prześwietleniu jak ukryta bomba, a trzej opancerzeni w kamizelki i hełmy ochroniarze , którzy obserwowali mój każdy ruch gdy otwierałem walizką, sprawiali wrażenie, jakby zastanawiali się, czy zdążą zesrać się ze strachu zanim wyślę nas wszystkich na łono Abrahama.
Mówcie mi Ahmed, choć żyjęJ
Subskrybuj:
Posty (Atom)